Trochę refleksji na temat Slimette

Nowe preparaty, nowe pytania…

Od czasu do czasu zamęczany jestem pytaniami o różne suplementy diety, w tym preparaty odchudzające. Nie zawsze jestem w stanie w sposób zadowalający odpowiedzieć na pytanie o skuteczność takiego, czy innego środka. Jest ich zbyt wiele na rynku. Ciągle też przybywa. Niełatwo wypróbować wszystkie, szczególnie gdy samemu się tego nie potrzebuje.
Możemy wprawdzie poszukać sobie opisów w internecie, ale każdy rozsądny człowiek wie co myśleć o takich opisach. Każdy suplement jest wychwalany pod niebiosa i przedstawiany w superlatywach. Niekiedy przytacza się wyniki badań i naukową literaturę. Na pewno taki dodatek podwyższa wiarygodność danego źródła. Jednak nie jest dla mnie ostateczną wyrocznią.
Osobiście, nauczony wieloletnim doświadczeniem, największą wagę przywiązuję do własnych obserwacji. Czyli tego co sam doświadczyłem lub zaobserwowałem u znajomych, tudzież tych osób, którym trochę pomagałem czy to schudnąć, czy zwiększyć masę i siłę mięśniową. Jest to dla mnie najlepszy wykładnik skuteczności albo nieskuteczności wszystkich środków. Tak metod treningowych, jak diet czy wreszcie suplementów. Mimo to i tak nie da się uniknąć pewnych zarzutów. Gdy się coś zgani, znajdą się tacy, którzy się obrażą, gdy się pochwali od razu pojawia się podejrzenie o to, że to tylko zwykła reklama.
Nie dysponuję także w tym względzie wielkim zapleczem, ale chciałbym wyraźnie rzecz zaznaczyć nim przejdę do omówienia kolejnego preparatu. Zwykle artykuł taki, jak choćby ten, jest wynikiem wspomnianych na początku pytań i moich poszukiwań. Dobrze jest, gdy mam możliwość obserwowania działania suplementu w praktyce. Staram się też spadać sprawę od strony teoretycznej, na tyle na ile jestem w stanie i jest to możliwe.
Tak więc wybaczcie, jeśli nie będzie to typowy marketingowy artykuł. Choć… może właśnie dlatego będzie dla Was bardziej cenny? Możliwe też, że uznać go i tak za marketingowy. Nie wiem. Lepiej przejdźmy już do rzeczy.

Chudniesz pięć razy szybciej?

Preparatem, o którym dzisiaj mowa jest Slimette. W zasadzie użyte w tym preparacie składniki nie są niczym nowym, gdy chodzi o temat odchudzania. O niemal każdym z nich możecie poczytać na tym blogu lub na innych stronach. Każdy w mniejszym lub większym stopniu już się sprawdził.
Tym co jest nowe w omawianym preparacie jest fakt połączenia tych składników. To temu faktowi musimy przyjrzeć się bliżej. W większości artykułów, które powstały po wprowadzeniu Slimette na rynek, możecie wyczytać, że dzięki zastosowaniu 5 substancji odchudzających, preparat jest pięć razy bardziej skuteczny. Co myśleć o takich zapewnieniach? Zapewne działają na wyobraźnię, ale niewiele mają wspólnego z realiami.
Nasz organizm nie działa zgodnie z prostymi wzorami rachunkowymi. Weźmiesz jedną tabletkę to schudniesz dwa razy mniej niż biorąc dwie. Albo inaczej – jesz dwa razy mniej, dwa razy szybciej chudniesz, ćwiczysz dwa razy więcej, dwa razy szybciej tracisz kilogramy. Są to typowe bzdury, jakich pełno w kolorowych pisemkach i na internetowych stronach.
Każdy kto umie choć trochę krytycznie myśleć i masz już pewne doświadczenia w pracy z własnym ciałem, będzie wiedział, że tak to nigdy nie działa. Nie przeskoczymy natury mnożąc bodźce lub je dodając. Możemy więc spokojnie zapomnieć o tego typu zapewnieniach. Byłbym niepoważny, gdybym miał przekonywać Was, że dzięki Slimette schudniecie pięć razy szybciej. Jeszcze w dodatku zupełnie pomijając właściwe żywienie. Nie tak to wygląda!

Slimette w działaniu, czy zjawisko synergii

Gdybym skończył swoje rozważania w tym miejscu, wniosek byłby aż nadto prosty. Nie warto wydawać pieniędzy na ten preparat. Lepiej kupić jeden z wymielonych na jego etykiecie składników i przynajmniej się trochę zaoszczędzi. Np. jagodę Acai. Możemy pić także zieloną herbatę…
Cóż! Takie wnioskowanie też obarczone jest poważnym błędem. Bowiem skuteczność Slimette nie opiera się wprawdzie na prostym algorytmie, czy działaniu matematycznym, ale mimo wszystko jest większa niż każdego pojedynczego składnika. Jego tajemnicą jest zjawisko synergii. Teraz uwaga! Zaczyna się najlepsze.
W farmakologii zjawisko synergii oznacza, że odpowiednie połączenie dwóch lub więcej słabo działających składników działa znacznie silniej niż wynikałoby to z ich sumy! Jeśli tę definicję przyłożyć do składu Slimette, to okaże się, że nie mamy do czynienia z prostą sumą, lecz z działaniem wzajemnie się wzmacniającym.
Weźmy taką zieloną herbatę. Sama w sobie bynajmniej nie działa tak mocno, jak to się wszędzie wypisuje. Jednak w odpowiednim połączeniu może dawać bardzo dobre efekty.

Zastrzeżenia

Potrzebne jest w tym miejscu pewne zastrzeżenie. Nie wystarczy po prostu pomieszać składniki na oko, by uzyskać optymalny efekt. Tu tkwi istota pracy wielu specjalistycznych laboratoriów badawczych i właściwy dobór zarówno samych składników, jak i ich proporcji. Co oznacza, że nie uzyskamy tego samego kupując osobno preparat z jagody Acai, L-Karnitynę, zieloną herbatę,, guaranę i zagryzając wszystko papryką!
Chciałbym także oszczędzić Wam rozczarowania związanego z efektem. Efekt synergiczny nie oznacza chudnięcia w jeszcze większym tempie niż pięciokrotne. Oznacza przyspieszoną utratę tkanki tłuszczowej, większą zapewne niż na wielu innych preparatach, ale ostatecznego efektu nie da się wyliczyć żadnym prostym równaniem.

Ci, na których to działa…

Jeszcze na koniec kilka słów związanych z obserwacją. Preparat jest nowy, ale mimo tego mam już przynajmniej 3 sprawdzone sygnały, że działa dość dobrze na osoby, które przyjmując inne preparaty nie stwierdzały żadnych pozytywnych zmian. W kilku innych wypadkach za wcześnie, by coś wiedzieć na pewno, ale wygląda na to, że również powinno pomóc.
Ważne jest to, by pamiętać, że tak Slimette, jak i inne preparaty odchudzające nie zwalniają nas z troski o właściwą dietę. Nie poprawiajcie ich działania głodówkami, czy też innymi niebezpiecznymi praktykami. Róbcie wszystko z rozsądkiem.

Napisany przez:: stefan

Sprawy sercowe cz. 6

Dużo słów, niewiele wiedzy

Pora postawić kropkę nad „i”, pisząc kilka słów na temat medytacji. Jednak muszę z góry uprzedzić wszystkich Czytelników, że nie mam zamiaru pisać w tym miejscu poradnika na ten temat. Zbyt daleko odbieglibyśmy od głównego nurtu tej strony, choć na pewno istnieje sporo wspólnych punktów i dlatego zwracam Waszą uwagę na tę problematykę.
Przeszukując internet pod kątem medytacji, znajdziemy to co zawsze znaleźć można niemal na każdy temat. Mnóstwo kopiowanych sloganów i porad niedouczonych ekspertów podwórkowych. Pisanie o medytacji jest proste, bowiem można posługiwać się tanimi ogólnikami, które w rzeczywistości nic nie mówią. To pierwszy problem.
Drugim są wyrastające, jak po deszczu szkoły medytacji, wykłady różnych guru z bożej łaski oraz wprowadzana od lat relaksacja, zwłaszcza łączona z nauką języków. Ludzie prowadzący podobne kursy czy wykłady mówią zawsze tylko o pozytywnych stronach medytacji. Nie chcąc psuć sobie interesu, nie wspominają o możliwych niebezpieczeństwach. Większość z nich zapewne nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia. Inni je świadomie zatajają, z zazwyczaj brakuje im wiedzy, by właściwie zinterpretować pewne zjawiska.

O czym Wam nie powiedzą propagatorzy medytacji

Wiele lat temu badałem różne rodzaje medytacji, zarówno w ich aspekcie religijnym, jak i poza religijnym. Pytanie, czy można oderwać jakąś formę medytacji całkowicie od jej korzeni religijnych pozostaje otwarte. Na pewno nie da się zignorować tego problemu. Należy pamiętać, że medytacje wyrosły na bazie określonej kultury i specyficznej mentalności.
Dlatego też bezkrytyczne przejmowanie pewnych wzorców z Dalekiego Wschodu nie jest bynajmniej rozsądne. Od lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia panuje moda na jogę i wschodnie medytacje. Głównie za sprawą ruchu hipisowskiego i rockowych muzyków.
Mimo powszechnie panującego zachwytu i braku krytycyzmu, raz po raz natykałem się na osoby, które pod wpływem medytacji doświadczyły całkowitego rozbicia wewnętrznego. Niekiedy tak głębokiego, że potrzebna była pomoc specjalistów – psychologów i terapeutów. Nie zawsze taka pomoc wystarczyła.
Według moich ustaleń szczególnie niebezpieczna jest tzw. metoda Silvy, która ponoć ma pomagać w nauce. Na podobnych zasadach działają różne systemy relaksacyjne wprowadzane w ramach nauki języków.
Jednak nie tylko medytacje wyrwane ze swoich korzeni kulturowych mogą prowadzić do rozchwiania psychiki. Niekiedy, choć znacznie rzadziej, dzieje się tak w przypadku medytacji opartej na europejskiej i chrześcijańskiej tradycji.
Tego typu niebezpieczeństwa należy podkreślać i o nich pisać, zwłaszcza, że propagatorzy medytacji w nieodpowiedzialny sposób tego nie czynią. Ludzka psychika jest traktowana lekko i nonszalancko. Skutki bywają opłakane.

Przyczyny zagrożeń związanych z medytacją

W tym miejscu pora wyjaśnić dokładniej o co chodzi i dlaczego pojawiają się takie zagrożenia. Przyczyny są dwie. Pierwszą z nich są odmienne stany, jakich czasami można doświadczyć w czasie trwania medytacji. W takich stanach zmysły zostają zawieszone i inaczej postrzegamy rzeczywistość. Najbardziej groźnym efektem jaki możemy wywołać jest hiperwentylacja w czasie trwania niektórych ćwiczeń oddechowych w ramach jogi.
Osoby nieprzygotowane na takie doznania mogą przeżyć silne stany lękowe. Bywa i tak, że nawet wiedza nie wsysaczy. Jeśli w głębi bardzo boimy się utraty kontroli nad własnym ciałem, to możemy doświadczyć ataku paniki.
Druga przyczyna jest związana z tym, iż w medytując stopniowo obniżamy próg świadomości i powracają do nas zepchnięte głęboko uczucia i psychiczne zranienia. Możemy na nowo doświadczyć lęku i bólu z przed lat. Być może nawet silniej niż wtedy, gdy zaszły wydarzenia wywołujące te uczucia. Nie każdy jest na to gotów. Nie każdy etap życia będzie najodpowiedniejszy, by przepracowywać takie stany. Jeśli już i tak jesteśmy bardzo zestresowani, to niekorzystne reakcje możemy tylko pogłębić.

Mimo wszystko – zachęta!

To co zostało opisane powyżej brzmi raczej jak antyreklama niż zachęta do medytacji. Tym niemniej ośmielam się twierdzić, że jeśli weźmiemy pod uwagę możliwe zagrożenia i zaczniemy bardzo ostrożnie, medytacja może być skutecznym narzędziem wspomagającym odchudzanie i ogólnie poprawiającym zdrowie.
Dzięki niej z czasem zmieni się nasze psychiczne nastawienie. Ograniczymy nadmierne wydzielanie kortyzolu i co najważniejsze – zaczniemy bardziej lubić samych siebie. To zaś jest jedną z największych tajemnic sukcesu w życiu i dobrego zdrowia. Pisałem wcześniej o przypadkach negatywnych, teraz muszę zaznaczyć, że równie dużo jest osób, które doświadczyły pozytywnych skutków medytacji.

Zamiast zakończenia

Zdaję sobie sprawę, że tym artykułem być może bardziej narażam się na krytykę niż modelem żywienia, jaki polecam. O ile coraz więcej jest propagatorów diet low carb, o tyle tematu zagrożeń związanych z medytacją raczej się nie opisuje. Poza nielicznymi pisarzami zgłębiającymi teologię duchowości oraz psychologami, wszystko podchodzą do tego bardzo beztrosko.
Właśnie dlatego skupiłem się na tym aspekcie problemu zamiast opisywać dokładnie jak medytować. Te kwestie osobom zainteresowanym zawsze mogę wyjaśnić w komentarzach.

Napisany przez:: stefan

Sprawy sercowe cz. 5

Zdrowie fizyczne, a zdrowie psychiczne

Ta część naszego cyklu ma związek nie tylko z naszym zdrowiem fizycznym, czy skutecznością odchudzania. Nie tylko z sercem, czy innymi narządami. Jest wstępem do tematyki szeroko rozumianego zdrowia psychicznego, czyli skuteczności w działaniu, dobrego samopoczucia, czyli po prostu szczęścia.
Jednak takie rozgraniczenie nie jest do końca prawdziwe. Wszak o naszym samopoczuciu decyduje też stan naszego zdrowia. Gdy lekarz powie Ci nagle, że grozi Ci zawał serca, na pewno się z tego powodu nie ucieszysz. Również odwracając wektory w drugą stronę – im lepsze mamy samopoczucie, bardziej czujemy się spełnieni i szczęśliwi, tym jesteśmy odporniejsi na choroby, a niekiedy wręcz dobre nastawienie psychiczne działa uzdrawiająco!
To powiązanie jest niewątpliwe, choć ciągle jeszcze nie do końca zbadane. Wszak trudno uchwycić i opisać tak ulotne zjawisko jak nastrój i jego wpływ np. na stan serca. Na dziś dla medycyny jest to niemożliwe.

Smutny obowiązek czy wyzwanie?

Chciałbym, by każdy kto zamierza się odchudzać lub już się odchudza, odpowiedział sobie szczerze w tym miejscu na dwa kluczowe pytania. Po pierwsze, czy lubicie siebie dziś takimi, jakimi jesteście? Czy też może uważacie, że tej otyłej (rzecz względna) postaci w lustrze lubić się nie da? Polubicie się dopiero, gdy stracicie 10-20-30 kg?
Drugie pytanie dotyczy Waszego nastawienia do odchudzania, a w dalszej perspektywie do całego życia. Czy traktujecie to jako wyzwanie, ciekawą przygodę, czy raczej smutny obowiązek, czyli coś co Was ogranicza? Wielki ciężar?
Większość niepozwodzeń w odchudzaniu jest związana z niewłaściwym nastawieniem psychicznym. Pomijam tu wybór błędnej diety czy głodzenie się. Są to sprawy oczywiste. Jednak dobra dieta ma nam służyć przez całe życie. Gdy tylko liczymy dni i godziny, po których można będzie porzucić dietę, automatycznie przekreślamy wszystkie uzyskane korzyści. Niejako już przed czasem.
Decyzja o odchudzaniu nie może wynikać z braku akceptacji siebie. Trzeba najpierw polubić swój organizm, a on odpowie nam tym samym. Może brzmi to trochę pretensjonalnie, ale tak jest. Nasze ciało ma wielkie możliwości adaptacyjne. Osoby nacechowane optymizmem i pozytywnym stosunkiem do siebie samych (ciała, charakteru) dwa razy szybciej wracają do zdrowia po ciężkich operacjach chirurgicznych. Pomyślcie nad tym!

Trening, jako wyraz nienawiści do siebie i swojego ciała?

Nie sądzę, bym bardzo się mylił, jeśli stwierdzę, że wiele osób podejmujących ciężkie i wyczerpujące treningi, które znacznie przekraczają ich aktualne możliwości, robi to z powodu utajonej, często podświadomej, nienawiści do swojego ciała. Więc i do siebie. Bo nasze ciało jest częścią nas samych. Częścią bardzo ważną. Trzeba sobie to uświadomić niezależnie od wyznawanej religii czy przyjętego światopoglądu.
Jeśli po przeczytaniu tego stwierdzenia żachniesz się i uznasz moje słowa, za kompletną głupotę, to może dotyczą właśnie Ciebie? Może czas na szczere przyjrzenie się faktom?

Nadzieja warunkiem sukcesu

Jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć, również szczupłą sylwetkę, musisz najpierw uwierzyć, że jest to możliwe. Znajduje się w zasięgu ręki. Osoby pozbawione nadziei na sukces, gdy raz im się nie uda zwykle zarzucają swój cel. Osoby będące przekonane o możliwości osiągnięcia zamierzonego celu, po każdej porażce zmieniają strategię, szukają innych dróg i wytrwale kontynuują swoje dążenia do wytyczonych celów. Ostatecznie zwykle im się udaje, nawet jeśli cały świat twierdzi coś przeciwnego.
Przekonanie to pozwala skutecznie działać, a jak wykazują liczne badania, już samo skuteczne działanie łagodzi stres. To zaś na płaszczyźnie fizjologicznej przekłada się na niższy poziom kortyzolu oraz lepszy stan zdrowia.
O naszym nastawieniu decyduje szereg czynników. Na pewno wpływ ma atmosfera w domu rodzinnym. To, jak nasi rodzice podchodzili do przeciwności. Ważny jest rodzaj relacji, jaką mieliśmy z rodzicami. Być może także, co do tego nie ma póki co zgody, decydują również wrodzone predyspozycje.
Niezależnie od tego możemy pracować nad naszym nastawieniem. Przede wszystkim powinniśmy często przywoływać w pamięci własne sukcesy. Starać się ich nie umniejszać, jeśli mamy taką tendencję. Praca nad sobą to proces długotrwały, ale warto ją podjąć, gdyż może dać korzyści zarówno w sferze zdrowotnej, jak i osiągania sukcesów zawodowych, czy powodzenia w życiu osobistym. Jako, że ten temat już bardzo wykracza poza ramy nakreślone tej stronie (więcej tutaj), jedynie go sygnalizuję. W kolejnej części poruszę jeszcze tylko krótko kwestię medytacji w jej aspekcie prozdrowotnym i ograniczającym negatywne skutki stresu. Na razie zostawiam Was z pytaniami postawionymi w tej części.

Napisany przez:: stefan

Mango afrykańskie, czyli o przekraczaniu bariery odchudzania cz. 3

Ewolucyjna pozostałość

Opisywany uprzednio mechanizm powstał dawno temu w toku procesów ewolucyjnych i chronił naszych przodków w zmiennych okresach głodu i sytości. Dla nas jest poniekąd kłopotliwy, zwłaszcza, że bardziej troszczymy się o swój wygląd, a jednocześnie prowadzimy dużo mniej zdrowy tryb życia.
Nie będę wchodził we wszystkie niuanse tego stanu rzeczy. Musiałbym napisać raczej książkę niż cykl krótkich artykułów. Domyślam się również, że z niecierpliwością czekacie na konkretne informacje związane z afrykańskim mango. Mając niezbędny fundament w postaci, tego co zostało napisane w dwóch poprzednich częściach, mogę wreszcie przejść do rzeczy i zaspokoić Waszą ciekawość.

Zamknięte koło

Wiemy już, że w odchudzaniu możemy zaplatać się w zamknięte kolo. Jesz mało węglowodanów, więc chudniesz. Jednocześnie wytwarzasz mniej insuliny i leptyny, więc zanikają procesy lipolizy – spalania tłuszczu. Możesz też mieć niewrażliwe receptory, co sprawi, że ciągle będziesz walczyć z nadmiernym apetytem.
Jeśli zaś zjesz więcej węglowodanów, wprawdzie zaczniesz wytwarzać więcej insuliny i leptyny, ale jednocześnie ten nadmiar węglowodanów zacznie budować nowe komórki tłuszczowe. Więc co? Tzw. ładowanie węglowodanowe? O jego słabych stronach już pisałem. Skoro tak, to czas sięgnąć po mango africana.

Polinfenole

Afrykańskie mango ma w swoim składzie wiele witamin oraz polifenole i karotenoidy. Te ostatnie są dla nas jednymi z najbezpieczniejszych prekursorów witaminy A. Jednak najciekawsze z interesującego nas teraz punktu widzenia są właśnie polifenole. Na temat możliwości działania tych związków napisano całe tomy. Są to zazwyczaj poradniki dla zielarzy i dla lekarzy. Są więc wykorzystywane w leczeniu szeregu różnych chorób.
Jest to więc bardzo bogata i różnorodna klasa związków roślinnych. Zaliczamy do nich: flawony, flawolnole, flawanomy, katechiny, garbiniki oraz fenolokwasy. W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia starano się wrócić do leczenia ziołami w medycynie konwencjonalnej. Jednak nacisk rosnących w siłę korporacji farmaceutycznych skutecznie zablokował ten ruch. Dziś raczej żaden lekarz nie przepisze Wam ziół.

Działanie polifenoli z afrykańskiego mango

Specyficzna mieszanka polifenoli i witamin oraz minerałów, jaką znajdziemy w mango afrykańskim działa w sposób wręcz zaskakujący. Po pierwsze skutecznie odblokowuje receptory komórkowe. Co oznacza, że zwiększa się nasza wrażliwość na insulinę i leptynę. Już samo to zabezpiecza nas, przed nowymi komórkami tkanki tłuszczowej. Reguluje skutecznie poziom cukru we krwi dzięki zmniejszeniu odporności na insulinę. Jednak to nie wszystko.
O wiele ciekawsze jest zjawisko zwiększania wydzielania leptyny mimo ograniczonego spożywania węglowodanów. W wielu artykułach przeczytacie o działaniu redukującym leptynę. Jest to błędna interpretacja wynikająca z nadmiernym utożsamianiem leptyny z apetytem. Tymczasem leptyna jest hormonem informującym podwzgórze o zapasach energetycznych organizmu. Gdy jest jej dużo, mózg może „beztrosko” dysponować nadmiarami tkanki tłuszczowej. Tak się też dzieje.
Nasilają się procesy lipolizy. Organizm może korzystać z zapasów tłuszczu, bo tak długo, jak przyjmuje się mango afrykańskie, tak długo organizm funkcjonuje na podobnych zasadach – jakbyśmy jedli dużo węglowodanów mimo, iż ich nie jemy. Dochodzi do tych samych procesów, za wyjątkiem jednego. Nie odkłada się więcej tłuszczu, który w normalnych warunkach powstaje z węglowodanów, a przecież teraz nie ma z czego powstawać!
Tak więc mango afrykańskie w połączeniu z odpowiednią dietą i ćwiczeniami może dokonać cudów. Pozwoli nam przekroczyć barierę odchudzania i przerwać zamknięty krąg, w jaki wpadło wiele osób, z powodów wcześniej opisanych.
Przyjmowanie preparatu z tego owocu ma sens wówczas, gdy zadbamy o odpowiednią podaż białka i tłuszczu zwierzęcego, znacznie ograniczymy spożycie węglowodanów (nie więcej niż 70 gram na dobę) i wprowadzimy ćwiczenia o właściwej dla nas intensywności. Oto i cała tajemnica.

Napisany przez:: stefan

Mango afrykańskie, czyli o przekraczaniu bariery odchudzania cz. 2

Dobra dieta i bariera odchudzania

Nawet najlepiej ułożona dieta, taka przygotowana w oparciu o krytyczne myślenie i solidną wiedzę, a nie czerpana od medialnych papug-ekspertów powtarzających stare komunały, może rozbić sie o barierę odchudzania. Dodajemy białko, by przyspieszyć metabolizm, dodajemy nasyconych kwasów tłuszczowych, by poprawić wydzielanie hormonów płciowych, odejmujemy węglowodany, by zmniejszyć wydzielanie insuliny i przeszkodzić nagłym skokom poziomu cukru we krwi. Powinno być dobrze, powinno zacząć się stopniowo tracić nadmiar tłuszczu, a tymczasem…
U wielu osób takie podejście do diety wystarczy. Przynajmniej na czas jakiś. Jednak pewien procent ludzi, zwłaszcza tych, o których wspomniałem uprzednio, czyli z bardzo niskim i bardzo wysokim BF, nie odnotuje zmian w kompozycji swojego ciała. Ten fakt zmusza nas do szukania głębiej, czyli do dostosowania ogólnych zasad do indywidualnych potrzeb.

Analiza gospodarki hormonalnej

Laik widząc osobę otyła ma zwykle dość prostą receptę. Mniej jeść. Jeśli wie coś więcej na temat odżywiania doda – mniej węglowodanów. Kłopot polega na tym, że otyłość choć przejawia się tak samo, może mieć inne przyczyny w sferze hormonalnej. Są wszak takie osoby, które jedzą bardzo mało, nigdy się nie objadały, a i tak mają poważne problemy z otyłością. Lekarz rozłoży ręce i stwierdzi, że to uwarunkowanie genetyczne. Dietetyk będzie się rozwodził na temat tego, iż trzeba jeszcze bardziej obniżyć podaż kalorii. Efekt? Coraz więcej tkanki tłuszczowej, coraz mniej nadziei na poprawę. Przeskakiwanie z diety cud na dietę cud.
Nie wiem, czy taki stan jest uwarunkowany genetycznie. Być może. Wiele badań to potwierdza. Jednak dopóki nic nam to nie daje w sensie praktycznego leczenia otyłości, nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Do pewnego stopnia różnimy się od siebie stężenie przeróżnych hormonów, ich proporcjami itd. By jednak się w tym połapać musimy posługiwać się pewnym uproszczeniami i generalizacjami. Najlepiej byłoby dokładnie zbadać swoją gospodarkę hormonalną i według wyników tych badań prowadzić kurację odchudzającą. Póki co w Polsce nikt tego nie robi, a nawet więcej, mało kto wie o co chodzi.

Leptyna i insulina

W przypadku otyłości trzeba nam zwrócić uwagę na wspomniane już leptynę i insulinę. Wprawdzie liczą się także inne hormony, jak choćby omawiany w innych artykułach kortyzol, ale odniosę się tutaj tylko do tych dwóch, bowiem dzięki mango africana może regulować ich wydzielanie. Tym samym otrzymujemy potężne narzędzie do walki z otyłością.
Na płaszczyźnie aktywności tych hormonów możemy podzielić osoby otyłe na dwie grupy. U pierwszej grupy leptyna i insulina są wydzielane w bardzo małych ilościach. Niekiedy jest to związane z uszkodzeniem trzustki. Natomiast druga grupa ma tych hormonów dużo, ale receptory komórkowe nie reagują na nie. Są zablokowane. Skutek jest podobny, insulina nie „upycha” składników odżywczych w komórkach i tworzą się nowe – tłuszczowe. Mózg nie otrzymuje sygnału, że zapasy energetyczne organizmu są już wystarczające i nadal występuje podwyższony poziom apatytu. Większość tego co spożywają takie osoby – z obu grup – jest magazynowane w postaci tkanki tłuszczowej, zamiast odżywiać mięśnie i kości, czy nawet narządy wewnętrzne.
Ten siłą rzeczy uproszony opis sygnalizuje nam jaka jest rola leptyny. Jest to hormon informujący mózg, a dokładniej podwzgórze, o poziomie zapasów energetycznych organizmu. Wysoki poziom leptyny powinien sprawić, iż spadnie nasz apetyt i przestaniemy przybierać na wadze. To ten sam mechanizm sprawia, że nawet najlepsza dieta natrafia w pewnym momencie na granicę nie do przebycie. Gdy jesz mało węglowodanów, zanika wydzielanie leptyny i tym samym zostaje zablokowane spalanie zmagazynowanej tkanki tłuszczowej.
Poziom leptyny jest ściśle powiązany z poziomem insuliny. Im wyższy wyrzut insuliny, tym też więcej pojawia się leptyny. Tak więc nawet przy niskiej podaży jedzenia i niskim poziomie insuliny (pierwsza grupa) nie dojdzie do znacznej utraty tkanki tłuszczowej. Podobnie będzie w przypadku blokady receptorów komórkowych. Wprawdzie ilość hormonów będzie wysoka, lecz nie spełnią swojej roli.
Również podczas stosowania diety z niską ilością węglowodanów obniża się poziom leptyny, gdyż insulina jest wydzielana w małych ilościach. Dlatego też w pewnym momencie zabraknie bodźca do tego, by organizm spalał zmagazynowaną tkankę tłuszczową. Często stosuje się wówczas trik w postaci tzw. ładowania węglowodanowego. Polega ono na cyklicznym spożywaniu większych ilości węglowodanów. 5 dni bez i 2 dni z dużą ilością lub jeden dzień ładowania co 3 dni. Wadą tej metody jest to, że gdy trafi na osobę z niską wrażliwością receptorów lub zaburzoną produkcją omawianych hormonów – nic to nie da lub nawet może doprowadzić na nowo do tycia.
Niektórzy zamiast tego zwiększają drastycznie ilość ćwiczeń fizycznych. To kolejna pułapka. Nie dość, że przez to wzrasta poziom kortyzolu to jeszcze bardziej spada poziom leptyny. W tej sytuacji rozwiązaniem niemal idealnym staje się tytułowe afrykańskie mango! W kolejnej części wkroczy do akcji, a ja postaram się wyjaśnić na czym polega jego działanie i unikalność, dzięki której wyprzedza o całe lata świetlne inne środki na odchudzanie.

Napisany przez:: stefan

Mango afrykańskie, czyli o przekraczaniu bariery odchudzania cz. 1

Wyznanie leniwego autora

Piszę ten artykuł niejako z konieczności. W normalnych warunkach najpierw skończyłbym jeden rozpoczęty temat, a później zajął się kolejnym. W tym wypadku musiałem przerwać pisanie o zdrowiu serca. Zmusiły mnie do tego pytania znajomych na temat nowego hitu, jaki pojawił się u nas w sprzedaży. Tym hitem jest mango afrykańskie. Obiecuję, że do „spraw sercowych” powrócę niebawem.
Jestem z natury leniwy. W pewnym momencie zaczęło nużyć mnie wyjaśnianie każdemu z osobna tego zagadnienia. Zresztą to nie pierwsze takie. Uwierzcie mi powtarzanie ciągle tego samego może być nużące. Zwłaszcza, gdy chodzi o coś takiego jak owo afrykańskie mango. Tego nie można wyjaśnić jednym zdaniem.
Pomyślałem sobie, że najprościej będzie rzecz spisać i każdego zainteresowanego tematem odsyłać do tego tekstu. Przy okazji skorzystają Czytelnicy bloga. Ja zaś zamiast tłumaczyć każdemu z osobna będę mógł oddać się rozważaniom o tym, jak zostać beztroskim bogaczem – by posłużyć się w tym miejscu sympatycznym określeniem zaczerpniętym od Frederica Forsytha..
W związku z nowymi preparatami zawsze pojawiają się dwa kluczowe pytania. Czy warto wydać na to pieniądze – innymi słowy czy jest skuteczny – oraz czy jest zdrowy i bezpieczny. Mam nadzieję, że każdy po przeczytaniu tego tekstu znajdzie na nie odpowiedzi.

African Mango – czyli o czym mowa?

Z obowiązku pisania o mango afrykańskim mógłbym zostać zwolniony, gdybym tylko znalazł się w internecie sensownym artykuł innego autora. Najlepiej w języku polskim. Jednak pobieżna lektura dostępnych publikacji przekonała mnie, że nic z tego. Jak to zwykle bywa większość autorów popisuje się raczej niewiedzą niż wiedzą. Nie pozostaje mi nic innego, jak zarozumiale twierdzić, że wiem nieco więcej i podzielić się z Wami tym skromnym dorobkiem intelektualnym.
Zacznijmy od najprostszych wyjaśnień. Z czym mamy do czynienia? Właściwie z niczym nadzwyczajnym, przynajmniej dla ludów żyjących na terenie Zachodniej Afryki. Tzw. mango afrykańskie nosi nazwę systematyzującą Irvingia Gabonesis. Niekiedy nazywa się je także dzikim mango lub mango buszu. Także african mango.

Miejscowi raczej nie mają problemów z otyłością, a przynajmniej nie na taką skalę, jak ludzie w krajach rozwiniętych. Cenią mango jako środek poprawiający płodność, tak u kobiet jak u mężczyzn. To działanie nie zostało na razie potwierdzone. Natomiast rola owocu w odchudzaniu doczekała się już masy badań. Pierwsze miały miejsce na University of Yaounde w Kamerunie.

Błonnik, czyli ignorancja

W większości tekstów znajdziecie wyjaśnienie, że mango afrykańskie jest tak skuteczne dzięki wysokiej zwartości błonnika. Jest to wielkie nieporozumienie, by nie nazwać takich wypocin mniej grzecznie. Od lat karmi się nas bzdurami na temat błonnika. Jest nam bardzo potrzebny, reguluje trawienie, musimy jeść go dużo itd. Stek bzdur. Dietetyczne bajki.
Człowiek to nie krowa. Nie jesteśmy roślinożercami na tyle, by potrzebować dużej ilości błonnika. Jego niewielkie ilości nam nie zaszkodzą, ale aż tak potrzebne do życia też nie są. Więc czy tajemnica omawianego tu owocu lub raczej opartych na wyciągu z niego suplementów sprowadza się do dużej zawartości błonnika? Oczywiście, że nie!
Gdyby tak było cały szum wokół mango african nie miałby sensu. Wystarczyłoby jeść cokolwiek co ma dużo błonnika i efekt powinien być taki sam. Jednak tak nie jest. To nie błonnik odchudza. Tak jak i nie poprawia pracy jelit. Zapomnijcie o takich twierdzeniach.
Rzecz nie w błonniku, lecz jak zawsze, gdy chodzi o racjonalne odchudzanie, w regulacji, a po części odpowiedniej manipulacji gospodarką hormonalną. To właśnie w tym zakresie mango afrykańskie otwiera duże pole manewru. To jest jego tajemnica, która sprawia, że być może warto zastanowić się nad zakupem takiego preparatu. Jednak nie trzeba robić nic w ciemno. Pozwólcie, że wyjaśnię Wam bliżej o co chodzi.

Bariera odchudzania

Nim przejdę do szczegółów muszą Was zapoznać z jeszcze jednym terminem, o którym bardzo rzadko się słyszy. Jest nim bariera odchudzania. Zwykle mocno podkreślam, że podstawą pracy nad zdrowiem i sylwetką jest odpowiednia dieta oparta o białka i tłuszcze zwierzęce, jak i wysiłek fizyczny. Czasem to wystarczy, a czasem nie. Właśnie z powodu owej bariery.
Osoby mające bardzo wysoki BF (body fat – procentowy poziom tkanki tłuszczowej w organizmie), czyli w okolicach 40% czasem nawet nieco niższy mogą mimo zmian w żywieniu nadal nie chudnąć. To samo zjawisko dotyczy osób o dość niskim BF – w przypadku kobiet0k. 17% a mężczyzn 10%, które chciałyby jeszcze zrzucić kilka kilogramów, wyeksponować mięśnie itp. również natrafiają na ową barierę. Niekiedy pojawia się ona także w innych momentach.
Bariera jest związana z aktywnością leptyny oraz pośrednio także z insuliną. Są to dwa ważne hormony odpowiadające w dużej mierze za nasz metabolizm, a więc i za ilość odłożonej tkanki tłuszczowej. Szerzej wyjaśnię to w kolejnej części.

Napisany przez:: stefan

Sprawy sercowe cz. 4

Niebezpieczne skrajności

Na korelację pomiędzy zdrowiem serca, a wysiłkiem fizycznym również musimy spojrzeć z szerszej perspektywy. Zwykle widzę dwie skrajne postawy. Są ludzie, którzy katują się bez umiaru ćwiczeniami oraz ci, którzy niemal wcale się nie ruszają. Dla tych drugich każda forma aktywności fizycznej ponad wymagane minimum wydaje się katorgą. Jest jeszcze gorzej, gdy ktoś nagle z jednej z tej drugiej kategorii przeskoczy do pierwszej. Jednak, po kolei…

Nie licz spalanych kalorii!

Jestem zwolennikiem uprawiania sportu w celu poprawy stanu zdrowia, jednak tak jak nie podoba mi się oficjalna dietetyka, tak samo mam wiele do zarzucenia wytycznym w sprawie ruchu. Musimy zapomnieć o wszystkich przeliczeniach dotyczących spalania kalorii, gdyż są po prostu głupie i nie mają żadnego odbicia w życiu, ani reakcjach organizmu. Inaczej pracują mięśnie, gdy żywimy się węglowodanami, a inaczej, gdy głównym źródłem energii są tłuszcze.
Niepoważne są wszystkie tabelki podające nam, iż wchodząc na schody spalamy tyle kalorii, a biegnąc tyle. Ich autorzy mają takie samo pojęcie o funkcjonowaniu ludzkiego ciała, jak przeciętny hydraulik na temat budowy promów kosmicznych.
Nasze ciało stopniowo przystosowuje się do wysiłku i optymalizuje pod ten wysiłek, to zaś oznacza, że przy właściwej dawce odpoczynku i wysiłku z czasem tracimy coraz mniej energii w czasie pracy, do której się przyzwyczajamy. Innymi słowy, jeśli regularnie biegasz będzie to dla ciebie mniejszy wysiłek niż dla kogoś, kto dawno nie biegał. Ten ktoś nie tylko szybciej się zmęczy, ale i straci więcej energii.

Leczenie i profilaktyka ruchem

Wspomniałem już, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy przypadkiem nie mamy jakichś ukrytych wrodzonych wad serca. Odpowiednie żywienie można nam pomóc w zachowaniu „sercowej sprawności”. To samo dotyczy ruchu.
Znam przynajmniej kilka przypadków ludzi, u których doszło do zwału lub też lekarze stwierdzili u nich poważne wady serca. Ludzie ci dzięki odpowiednio dobranym ćwiczeniom przedłużyli swoje życie o kilkadziesiąt lat i co ważniejsze, było to życie w pełni sprawności. Oto starszy pan po zawale zaczyna biegać. Jest w coraz lepszej formie, a w wieku 80 lat zdobywa medale na zawodach!
Tajemnica sukcesu tkwi jednak w odpowiednim dawkowaniu wysiłku. O tym już wspomniałem nieraz we wcześniejszych artykułach. Nie możesz nagle zerwać się od komputera i z dnia na dzień biegać po kilka kilometrów. Nie będzie to dobre dla twojego serca, a też wcale nie pomoże w odchudzaniu. Nie myśl też, że zgodnie z powszechnym przekonaniem, im więcej będziesz ćwiczyć tym szybciej schudniesz. Tak nie jest!
Jeśli nigdy się zanadto nie ruszałeś (nie ruszałaś) lub nie robiłeś tego od kilku lat, to lepiej będzie zacząć od spacerów lub lekkiej jazdy na rowerze. Przesada nie jest dobrze widziana. Pamiętajmy, że serce też adaptuje się do coraz większej porcji wysiłku, jednak robi to wolniej niż mięśnie. Trening dla jednego lekki, dla innego może być zabójczy. Każdy sam musi ocenić swoje aktualne możliwości i mądrze dobrać poziom wysiłku.
Wbrew pozorom ćwiczmy nie po to, by schudnąć i spalić tłuszcz. Ćwiczmy przede wszystkim po to, aby zachować a nawet pozyskać więcej mięśni, a nie tracić ich w czasie odchudzania na rzecz tkanki tłuszczowej. Spalanie tej ostatniej ruchem jest zdecydowanie przereklamowane.

Zabiegani i zestresowani

Wreszcie pozostał nam stres, o którym pisałem bardziej szczegółowo niedawno. Musimy pamiętać, że stres jest generowany zarówno przez wysiłek fizyczny, jak i pracę intelektualną, czy wreszcie interakcje społeczne, a nawet dietę.
Weźmy sobie taki oto uproszczony przykład. Rano robisz ciężki trening i to może jeszcze na czczo. Poziom kortyzolu, który o tej porze i tak jest największy, teraz szybuje pod niebiosa. No i mamy stres. Potem idziesz do pracy. Tam nie tylko musisz myśleć intensywnie, ale i często denerwować się postawą współpracowników, szefa czy klientów. Twój kortyzol nadal szaleje, stres wzrasta. W pośpiechu zjadasz byle co, popijasz szybko kawa, może zapalasz papierosa. Zestaw gwoździ do trumny jest już niemal pełny. Powrót do domu też jest męczący. Inni kierowcy, czy pasażerowie komunikacji miejskiej zachowują się okropnie. Wieczorem przypominasz sobie, że jesteś wszak na diecie, a tak by się zjadło coś dobrego.
Tak w wielkim skrócie wygląda obecnie dzień wielu ludzi. Jest to też typowy dzień samobójcy, bowiem takim trybem życia zabijamy się powoli, aczkolwiek bardzo skutecznie. Co możemy z tym zrobić?
Na pewno nie uda nam się wyeliminować wszystkich źródeł stresu. Czasowo może nam być potrzebny nawet jakiś preparat łagodzący skutki przeciążenia stresem. Przynajmniej na początku. Tak naprawdę musimy zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze zmienić nasze nastawienie, a po drugie wprowadzić właściwy dla siebie system relaksu i medytacji. Dzięki temu możemy sprawić, że stres stanie się dla nas czynnikiem korzystnym, a nie niekorzystnym. Więcej na ten temat już wkrótce w kolejnej części.

Napisany przez:: stefan

Sprawy sercowe cz. 3

Kilka słów przypomnienia ogólnych wytycznych związanych z dietą

Tłuszcz, a dokładniej nasycone kwasy tłuszczowe są dla nas groźnie tylko wówczas, gdy łączymy je z dużą ilością węglowodanów. Z racji zaś, że te kwasy napędzają nasze serce oraz są konieczne w wielu reakcjach metabolicznych i hormonalnych, lepiej ograniczyć w diecie węglowodany niż tłuszcze. Tym bardziej, że spożywanie dużych ilości węglowodanów prowadzi do różnych poważnych chorób, określanych wspólnym mianem cywilizacyjnych. Również do otyłości. Nie ufajcie zbytnio takim wskaźnikom jak indeks glikemiczny, bowiem na ryżu czy makaronie, które to ponoć mają niskie IG, również można łatwo przytyć.
Na pewno też nie powinniśmy stronić od białka zwierzęcego. Roślinne też jest przydatne, ale nie każde. Np. białko sojowe jest dla nas wysoce szkodliwe. Zatyka jelita, a tym samym blokuje dostęp innych składników. Może prowadzić do awitaminozy. Z moich licznych obserwacji wynika także, że mocno destabilizuje pracę jelit. Ze względu na spore ilości filoestorogenow zaburza gospodarkę hormonalną, szczególnie u mężczyzn, ale i paniom na zdrowie nie wychodzi.
Spożycie większych ilości soi może u panów prowadzić prostą drogą do impotencji i zaniku płodności. Ze względu na niski koszt produkcji, jak i spore zapasy odpadów materiałów wykorzystywanych w przemyśle, ciągle lobbuje się na rzecz soi i stara przekonać społeczeństwo, że jest zdrowa i może zastąpić mięso. Nie może!

Zadbać o proporcje pomiędzy kwasami tłuszcozwymi

Skoro przypomnieliśmy sobie kluczowe zagadnienia związane z żywieniem, to pora skupić się teraz na proporcjach tłuszczu. Przy czym nie jestem zwolennikiem bardzo dokładnego odmierzania składników. Nikt z nas nie ma na to czasu i nie posiadamy w domu laboratoriów, by takie pomiary prowadzić.
Dziś z racji niewłaściwego karmienia zwierząt hodowlanych, zaburzony jest zarówno skład mięsa, jak i nabiału, czy jajek. Niemniej są to bardzo potrzebne nam pokarmy, więc nie powinniśmy z nich pochopnie rezygnować. Kto ma dostęp do mięsa zwierząt hodowanych na farmach ekologicznych, ten może z tego korzystać. Reszta musi zadowolić z tym ze sklepów.
W związku z tym, w naszym pożywieniu jest zbyt dużo kwasów omega 6 w stosunku do omega 3. Właśnie dlatego zwykle odradzam korzystanie z olejów roślinnych, by tej dysproporcji nie pogłębiać. Dotyczy to wszystkich olejów. Tych rafinowanych i tych tłoczonych na zimno. Musimy pamiętać, że z jednej strony trzeba unikać kwasów tłuszczowych trans, występujących właśnie w rafinowanych olejach i w margarynach, zaś z drugiej strony musimy zadbać o redukcję kwasów omega 6 w pożywieniu, gdyż nasz organizm potrzebuje ich naprawdę niewiele. Większe ilości mogą prowadzić do miażdżycy.

Częściowo sprawę ratują w tym wypadku suplementy z olejem ryb, czyli zawierające głównie omega 3. Jeszcze lepszym rozwiązaniem jest w tym wypadku olej z kryla. Jakoś kwasów omega 3 z kryla jest bez porównywalnie lepsza. Są wprawdzie dużo droższe, ale nie musimy wcale zjadać ich tak dużo. Jest to obecnie jeden z najważniejszych suplementów, który może pomóc wyrównać nam proporcje kwasów tłuszczowych w diecie i zapewnić zdrowie serca.
W celu dostarczenia pewnej ilości kwasu omega 9, wystarczy dorzucać do posiłków trochę orzechów. Najlepsze są włoskie i laskowe. Wszystkie te tłuszcze określane jako NNKT – Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe, są może i niezbędne, ale nie powinniśmy z nimi przesadzać. Co oznacza, że w dobowej puli tłuszczów powinny stanowić mniejszość.
Wspomniałem już o niebezpieczeństwach związanych z kwasami omega 6. Kwasy omega 3 mają dobroczynny wpływ na nasz organizm, ale w nadmiarze również mogą być szkodliwe. 2-5 gram na dobę z suplementów to rozsądna ilość.
Najwięcej powinniśmy spożywać nasyconych kwasów tłuszczowych. Tak, tak! Właśnie tych, które podobno tak szkodzą naszemu sercu. Tymczasem nigdy nie było tylu problemów z sercem, jak od czasu gdy rozpętano histerię cholesterolową. Nie ma żadnych rzetelnych badań, które mogłyby potwierdzić szkodliwość tego rodzaju tłuszczu. Więcej na ten temat można przeczytać na nowejdebacie. Zachęcam także do lektury innych publikacji na tej stronie. Jest to chyba jedyna obecnie polskojęzyczne źródło informacji nie opierające się na powszechnie przyjętych domniemaniach i mitach żywieniowych.
Dodam jeszcze od siebie, że spożywane z umiarem, a więc zależnie od potrzeb, nasycone kwasy tłuszczowe, nie powodują bynajmniej tycia. Ilość będzie w tym wypadku uzależniona od płci oraz od obciążenia wysiłkiem fizycznym, którym to zajmiemy się w kolejnej części.

Napisany przez:: stefan

Sprawy sercowe cz. 2

Złote lata kardiologii

Przy całym postępie medycyny, można odnieść wrażenie, że owych tytułowych problemów sercowych pojawia się coraz więcej. Wydaje się, że główną tego przyczyną jest przyjęcie oficjalnej, a jakże błędnej optyki żywieniowej. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę wszystkie proponowane obecnie diety cud połączone z intensywnym wysiłkiem fizycznym, będziemy w stanie zrozumieć dlaczego poradnie i oddziały kardiologiczne pękają w szwach.
Cały czas przekonuje się nas, że jest to w wielu wypadkach wynik otyłości i braku ruchu. Jestem skłonny zgodzić się z tą opinią, ale tylko w pewnych granicach. Otóż nie wystarczy podjąć decyzję o odchudzaniu. Trzeba jeszcze wiedzieć jak się do tego mądrze zabrać. Dobrych rad dostaniemy dużo, lecz znaleźć te rzeczywiście wartościowe…
Co jakiś czas dochodzą do mnie informacje o tym, że ktoś z moich rówieśników, kolega z klasy itp. przeszedł właśnie zawał serca. Nie wiem, czy mam się już z tego powodu czuć staro? Może jednak zawały będące niegdyś domeną ludzi starszych dziś już atakują coraz młodszych?
Nim pójdziemy dalej w naszych rozważaniach muszę podkreślić jedną rzecz. Pożywienie, ruch i stres są tylko czynnikami pogarszającymi lub polepszającymi nasze zdrowie, jednak może się zdarzyć, że ktoś już urodzi się z wadą serca. W takiej sytuacji dieta ani ćwiczenia go nie wyleczą, co nie znaczy, że właściwe podejście do tych tematów może w tym wypadku uchronić od poważniejszych konsekwencji. Nawet więcej, takie osoby tym bardziej muszą o to zadbać.

Strach przed tłuszczem

Pytanie jakie się nasuwa, brzmi – czy wszyscy oni są winni? Czy po prostu źle się odżywiali i nie słuchali porad dietetyków i lekarzy? Nie chcieli się odchudzać? Pewien procent tak postępuje, ale wbrew pozorom jest to mniejszość. Większość chce i próbuje.
Niedawno uderzył mnie jeszcze jeden fakt. Wiele osób walczących z otyłością boi się tłuszczu w pożywieniu. Co to oznacza? Ano tyle, ze uwierzyli oficjalnej piramidzie żywieniowej. Znam przypadki osób spożywających dwa posiłki na dobę, które dodatkowo unikają nasyconych kwasów tłuszczowych, a jedzą głównie chleb i ewentualnie chude mięso w niewielkich ilościach. Również warzywa i woce. Myślicie, że chudną? Otóż nie!
Już po wielokroć powtarzałem, że tyje się nie od tłuszczu, a od węglowodanów. I to głównie tych, które mają niskie IG. Trudno przytyć od owoców, natomiast makaron, ryż i podobne, to najgorszy rodzaj pożywienia.

Nasycone kwasy tłuszczowe i cholesterol

Wszędzie możemy przeczytać, że nasycone kwasy tłuszczowe w diecie szkodzą naszemu sercu. Głównie ze względu na zawarty w nich cholesterol. Twierdzenie to jest całkowicie błędne. Po pierwsze dlatego, że zgodnie z badaniami dr Lutza i wielu innych krytycznie myślących lekarzy i naukowców, to właśnie te kwasy stanowią źródło energii dla naszego serca! Jakim więc cudem mogą mu szkodzić?
Druga sprawa to ów nieszczęsny cholesterol. Jest nam niezbędny, jeśli chcemy by nasz organizm pracował prawidłowo, by wydzielane były hormony płciowe. Co więcej ilość cholesterolu endogennego pozostaje w dość luźnym związku ze spożywanym cholesterolem. Cholesterol endogenny, czyli ten wyważany przez nasz organizm nie jest bezpośrednio zależny od tego ile go spożyjemy. Zaobserwowano nawet, że osoby spożywające więcej cholesterolu mają go mniej we krwi niż te unikające tłuszczów nasyconych.
Dość często możemy przeczytać o złym i dobrym cholesterolu. Co jest kolejnym uproszczeniem wprowadzającym w błąd. Mamy tu bowiem do czynienia z różnymi rodzajami lipoprotein, czyli związków łączących białka i tłuszcze w celu ich transportowania do komórek. Obecnie wyróżnia się ich 4 rodzaje: iDL, vLDL, LDL i HDL. Przy czym cząsteczki iDL ulegają na pewnym etapie dezintegracji i zmieniają się w LDL lub HDL. Same zaś powstają poprzez rozpad lipoprotein o średniej gęstości vLDL. Ich nadmiar również może prowadzić do miażdżycy.
Każda z tych lipoprotein pełni określoną rolę w organizmie i każda jest potrzebna. Dla naszego zdrowia ważna jest ich ilość, jak i proporcje pomiędzy nimi. Zaś, by to uzyskać musimy odpowiednio dobierać proporcje kwasów tłuszczowych w naszej diecie.
Na pozór wydaje się to dość trudne i zawile. Tymczasem wcale tak nie jest. Możemy dość łatwo ułożyć dietę, która będzie przyczyniała się i do utraty zbędnych kilogramów, jak i do poprawy zdrowia naszego serca. Jednak szerzej o tym już w kolejnej części.

Napisany przez:: stefan

Sprawy sercowe cz. 1

Pan doktor wie wszystko

Jednym z akcentowanych obecnie problemów zdrowotnych są choroby wieńcowe. Coraz więcej ludzi zaczyna obawiać się o swoje serce. Choć większość podejmujących trud odchudzania bardziej kieruje się względami estetycznymi, czyli mówiąc wprost chce wyglądać atrakcyjniej, niektórzy zaczynają się odchudzać w trosce o własne zdrowie. Niekiedy wręcz z nakazu lekarza. Gdy serce albo stawy zaczynają szwankować, człowiek siada przed komputerem i zapytuje pana google, co jeść powinien, czego nie itd. Trafia na strony promujące takie czy inne diety i… Bywa i tak, że już od lekarza wychodzi z karteczką co jeść, a czego unikać.
Prócz diety należy zacząć też ćwiczyć. Tu znowu gama propozycji jest spora. Jakoś ostatnimi czasy lekarze tknięci dziwną modą – na wszystko, a więc i na otyłość, jak i na kręgosłup, na stawy, na bezsenność – polecają pływanie w basenie. Moda to moda, na nic tłumaczenia pacjenta, że np. ma problemy z drogami oddechowymi i chlapać się za dużo nie powinien. Albo pływać nie umie i nie lubi. Właź do wody i nie pyskuj. Lekarz wie lepiej. Wszak wiedza jego i autorytet ważniejsze są od Twojego zdrowia.
Inna moda to włóczenie się z kijami po lesie. To jednak już rzadziej zalecają lekarze, a częściej pani Kasia z czwartego piętra, która tak łazi i wszystkim poleca. No i nieodżałowana TVP wraz z kolorowymi pisemkami.

Kogo ja mam słuchać?

Spróbujmy jednak do sprawy podejść poważnie. Wszak nasze serce to poważny organ i nie wolno traktować go nazbyt lekko. Pierwsze co musimy wiedzieć to fakt, iż korelacja między modelem żywienia, czy wysiłkiem fizycznym, a chorobą czy zdrowiem serca, bynajmniej nie jest oczywista.
Próbuje nam się obecnie wmówić, że jedząc to czy tamto możemy spać spokojnie i nie bać się o swoje serce. Zaś kto je inaczej ten niech drży, bowiem zawał już czai się za rogiem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dietetycznych prawd objawionych jest mnóstwo i niekiedy wzajemnie sobie przeczą. Wprawdzie mamy oficjalną wersję modelu żywienia, którą uparcie i skrycie promuje telewizja. Ciągnie dzięki temu swoją misję, a Ty płacisz abonament, by wysłuchiwać opinii ekspertów powtarzających stare komunały.
Są też propozycje alternatywne typu dieta Kwaśniewskiego, Dukana i wielu innych. To możesz mieć bez abonamentu, ale jeśli źle wybierzesz, to zapłacisz zdrowiem. Leczyć mamy i chronić serce, a tu serce jest w rozterce i aż się kroi…

Szukając winnego

Jak już nadmieniłem związek między dietą i wysiłkiem, a zdrowiem serca, nie jest tak oczywisty. Nie jest też jasne na ile to my sami ponosimy odpowiedzialność za nasze zdrowie. Słuchając wspomnianych wyżej telewizyjnych ekspertyz oraz większości lekarzy, można nieraz odnieść wrażenie, że gdy już zachorujemy na serce to na pewno nasza wina. Wprawdzie pojawiają się też głosy, że winna jest genetyka – to kolejne modne słówko, które ma wyjaśnić wszystko.
Więc mamy do wyboru, albo uwierzyć w swoją winę, albo też rozgrzeszyć się za sprawą owej tajemniczej genetyki. Przyznam, że mnie osobiście nie podoba się żadne z tych rozwiązań. Jak zawsze prawda leży gdzieś pośrodku. Na zdrowie naszego serca ma wpływ model żywienia i styl życia, ale nie oznacza to wcale, że możemy w 100% procentach ustrzec się przed chorobami wieńcowymi, czy innymi.
Jeśli twórca takiej czy innej diety daje Wam stuprocentową gwarancję na zdrowie i długie życie to jest po prostu oszustem. Odpowiednim żywieniem możemy poprawić swoje zdrowie. Możemy przedłużyć życie i lepiej wyglądać. To jest możliwe. Pewnie także możliwe jest uniknięcie wielu tzw. chorób cywilizacyjnych. Jednak nikt z nas nie wie, na jakie choroby możemy zachorować i nikt gwarancji dać nam nie może na pełne zdrowie do grobowej deski.
Chciałbym byśmy to dobrze zrozumieli. Częściowo odpowiedzialność za nasze zdrowie spoczywa w naszych rękach, jednak nie jest to i być nie może odpowiedzialność całkowita. Nie jesteśmy winni wszystkich chorób, jakie nas dotykają, czy dotkną w przyszłości.
Na stan naszego serca albo raczej zdrowia wszystkich narządów ma też ogromy wpływ stres, z którym nierzadko nie potrafimy sobie radzić. W tej dziedzinie, podobnie jak w dietetyce czy teoriach o ruchu i zdrowiu, panuje także zamęt. Niemniej, jak dowodzą badania psychologów i neuropsychologów, nauka radzenia sobie ze stresem może poprawić stan naszego zdrowia nawet o ok. 30%. Jeśli nawet przymniemy tylko połowę tej wartości za wiarygodną, to i tak gra jest warta świeczki.
Mamy więc trzy dziedziny, którym warto się przyjrzeć w kontekście dbania o swoje zdrowie: żywienie, ruch i stres. Przy okazji wyjdzie nam, jakie formy odchudzania służą zdrowiu serca, a jakie mogą je pogorszyć. wszystko to już niebawem w kolejnej części.

Napisany przez:: stefan